Czy mamy monopol na język?

Czy o innych systemach komunikacyjnych można twierdzić, że są językami? Istnieje wiele definicji języka. Jedne są bardziej proste i ogólne, inne stanowią złożone listy warunków, które muszą być spełnione, aby dany system komunikacyjny zasługiwał na miano języka.

Można jednak to pytanie zadać w inny sposób: Czy mówienie jest naturalną zdolnością naszego gatunku? Czy istnieje genetycznie uwarunkowany program zawierający zarys wiedzy o ogólnej strukturze języka oraz zasadach budowania i odbierania mowy? Czy też ludzkie zdolności językowe są nabywane w ontogenezie w żmudnym i długotrwałym procesie uczenia się? Nie dziwi fakt, że zwolennikiem pierwszego rozwiązania był Burrhus Frederic Skinner.



Rozpętał on gorącą dyskusję na tym polu, wydając w 1957 roku książkę pt. Zachowanie werbalne (Verbal Behavior), którą uważał za swoje największe osiągnięcie. Według Skinnera mechanizmy wrodzone i umysłowe są całkowicie zbędne. Zadaniem dziecka jest uważne obserwowanie zdarzeń w środowisku, które pobudza do wydawania dźwięków. Dowodem na to, że język nabywany jest w drodze warunkowania instrumentalnego dla behawiorystów były wyniki prac uzyskiwane na... szczurach (Rattus norvegicus) i gołębiach (Columba livia). Wystarczyło dysponować dużą ilością czasu, podzielić zadania na wiele stopniowanych etapów i stosować konsekwentnie wzmocnienia, by „wytworzyć” bardzo złożone i dotychczas niewystępujące formy zachowania u szczurów czy gołębi. Skinner niezmiennie twierdził, że uczenie się ludzi, włącznie z uczeniem się języka, zachodzi właśnie za pośrednictwem tego samego mechanizmu. W końcu próbujące się komunikować dziecko otrzymuje wzmocnienia w postaci pochwał, uśmiechów itp.
Łatwo można się domyślić, że takie stanowisko musiało się spotkać z ostrą krytyką. W dwa lata po opublikowaniu pracy Skinnera pojawiła się recenzja autorstwa Avrama Noama Chomsky’ego, w której wypunktowane były słabe strony stanowiska behawiorystów.



Pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku przeprowadzono badania, z których jednoznacznie wynikało, że rodzice mają skłonność do chwalenia – wzmacniania stwierdzeń zgodnych z prawdą, a nie stwierdzeń prawidłowych z punktu widzenia konstrukcji gramatycznej (Brown, Cazden i Bellugi, 1968). Mimo to spór nature or nurture po dziś dzień nie został jednoznacznie rozstrzygnięty. Zdaniem Chomsky’ego (1972), choć dzieci muszą się często ograniczać do słuchania rozmów rodziców i najbliższy krewnych, to w zastanawiająco krótkim czasie nabywają i rekonstruują w umyśle złożony układ reguł i nie ma znaczenia, że ich mowa jest pełna niedokończonych zdań, przejęzyczeń i błędów. Chomsky (1980) wysunął tezę, że przyswajanie pierwszego języka jest w dużym stopniu niezależne od inteligencji i w przeciwieństwie do wielu zdolności, w realizowaniu których istnieje olbrzymia wariancja zachowania, zarówno osoby mające niskie IQ, jak i wybitnie inteligentne mają zbliżone zdolności językowe w dzieciństwie. Obecnie uważa się, że Chomsky wyolbrzymił zarówno szybkość przyswajania języka, jak i jednolitość uzdolnień.
Nadal w sporze równie uprawnione są dwie odpowiedzi: pierwsza, że niemowlęta mają wbudowaną genetycznie wiedzę, jaki może być język i jak go się uczyć, oraz druga, że nie ma takiego genetycznego programu, jest za to olbrzymia plastyczność mózgu, która daje małym dzieciom wielką sprawność w rozwiązywaniu złożonych problemów dotyczących wszystkich dziedzin ludzkiego zachowania, w tym zdolności komunikacyjnych (Aitchison, 1991; Sampson, 1980).

Można by kolokwialnie powiedzieć, że prawda leży gdzieś między Skinnerem a Chomskym. Niewątpliwie istnieją pewne genetycznie zaprogramowane predyspozycje dotyczące kompetencji językowych i używania mowy, bo np. nasi bliscy ewolucyjni krewni – szympansy (Pan troglodytes), nie mają aparatu artykulacyjnego mogącego wytwarzać tak zróżnicowane dźwięki jak ludzkie organy, a także nie posiadają w swych mózgach pęczka łukowatego (fasciculus arcuatus), łączącego ośrodek Broki z ośrodkiem Wernickego. Przekonali się o tym boleśnie wszyscy ci badacze, którzy postanowili eksperymentalnie nauczyć małpy wypowiadania słów w języku angielskim. W całej historii tego typu badań tylko jedna szympansica – Viki, po intensywnym trzyletnim treningu prowadzonym przez Keitha i Cathy Hayesów umiała „wycharczeć” cztery słowa (Hayes, 1951). Dopiero po fakcie stwierdzono, że małpy są fizjologicznie niezdolne do wydawania dźwięków ludzkiej mowy, za to mogą przełykać pokarm i oddychać jednocześnie, co u ludzi może prowadzić do śmiertelnego w skutkach zadławienia.
Istnienia genetycznych, wrodzonych umiejętności językowych nie należy rozumieć wprost jako „wbudowanych” programów gotowych do użytku.

Czym w istocie jest język? Czy o innych systemach komunikacyjnych można twierdzić, że są językami? Istnieje wiele definicji języka. Jedne są bardziej proste i ogólne, inne stanowią złożone listy warunków, które muszą być spełnione, aby dany system komunikacyjny zasługiwał na miano języka. Jak może wyglądać lista cech niezbędnych do uznania systemu komunikacyjnego za język, pokazuje nam definicja Charlesa Hocketta (1963) wciąż znajdująca się w powszechnym użyciu (Aitchison, 1983, 1991; Pearce, 2000; Reznikova 2007).



Według skróconego przez autora dziesięcioelementowego wykazu język musi mieć następujące właściwości:

• posługiwanie się kanałem dźwiękowym (use of the vocal auditory channel);
• arbitralność (arbitrariness);
• semantyczność (semanticity);
• przekaz kulturowy (cultural transmission);
• spontaniczne stosowanie języka (spontaneous usage);
• dialogowość (turn-taking);
• dwoistość strukturalna (duality);
• strukturalność (structure dependence);
• autonomiczność mowy (displacement);
• kreacyjność (creativity).

W następnych wpisach postaram się przyjrzeć każdej z 10 cech definicji Hocketta i pokazć które z nich są naprawdę wyłącznie ludzkie, a które dzielimy z wieloma innymi gatunkami. Wtedy też będzie można odpowiedzieć na pytanie czy mamy monopol na język.
Trwa ładowanie komentarzy...